Taniec

sobota, 31 października 2009
36 godzin temu miałem okazję uczestniczyć w bardzo pozytywnym wydarzeniu - 'połowinkach', czy jak to zwą inni - 'półmetku' - związanym z teoretycznym przeminięciu połowy czasu nauki w liceum. Impreza była przednia, dawno tak świetnie się nie bawiłem. Ale do rzeczy.

Na imprezach tego typu niewiele (a jednocześnie strasznie dużo) można robić rzeczy - można jeść/pić (gdy jest co), rozmawiać (lepiej, gdy nie gra muzyka) lub oczywiście tańczyć. Taniec jest nieodzownym i podstawowym elementem każdej tego typu imprezy i rzeczywiście, sztywno byłoby tylko siedzieć i rozmawiać przy jedzeniu.

W tym miejscu chciałem zapytać 'Czym właściwie jest taniec?', ale nie znając jednoznacznej odpowiedzi zawczasu zajrzałem na wszechwiedzącą wikipedię i tym razem również się na niej nie zawiodłem, o proszę:

Taniec to:

  • zespół zjawisk ruchowych będący transformacją ruchów naturalnych, powstający pod wpływem bodźców emocjonalnych, zazwyczaj skoordynowany z muzyką
  • forma elementów ruchowych nosząca określoną nazwę (na przykład walc)
  • przejaw kultury związany z określonym środowiskiem i określoną funkcją (taniec towarzyski, taniec ludowy)
  • utwór muzyczny skomponowany zasadniczo (lub choćby tylko formalnie) w celu wykonania tańca
  • poruszanie się w rytm muzyki, zazwyczaj parami lub w grupie albo w pojedynkę.
Skoro regułka zapamiętana, można przejść do sedna sprawy (ciągle przechodzę i przechodzę do tego sedna : D): chciałem w tej notce ująć taniec jako czynność będącą żywą interakcją pomiędzy dwoma osobami - zgodnie z motywem przewodnim bloga - jako relację pomiędzy kobietą a mężczyzną.

Jako że sam nie potrafię i z reguły nie tańczę, mogę się mylić nieco w moich przypuszczeniach, ale powinny one raczej oddać rzeczywisty stan rzeczy. Ta niecodzienna bliskość dwóch osób w praktyce nie oddających tego w rzeczywistości poza tańcem jest w jego trakcie dokładnie zarysowana. Pomijając taniec irlandzki w reguły taniec wiąże się nieuchronnie z fizycznym kontaktem tancerzy - bardziej lub mniej dosadnym, acz obecnym - zależy to głównie od tańca. Faktem jest jednak, że jak wspomniałem, przed i po tańcu z reguły (nie mówię tutaj o sytuacji, gdzie para taneczna jest parą w rzeczywistości etc.) partnerzy taneczni nie dotykają się w taki sposób, w jaki czynią to właśnie w tańcu. To właśnie świadczy o pewnej wyjątkowości w relacjach międzyludzkich podczas tańca - nagle coś niecodziennego staje się normalnością, wszystkie chwyty są dozwolone a kontakt fizyczny wzrasta kilkukrotnie.

Nie śmiałbym czegokolwiek przypuszczać, ale stwierdzenia, że taniec jest dobrym sposobem na podryw chyba nie da się całkiem zanegować? Oczywiście można tańczyć w sposób całkiem obojętny na drugą osobę, ale czy wtedy taniec ma sens, czy rzeczywiście można go nazwać tańcem? I co zmusiło wręcz tą osobę do odwalania takiej szopki, przecież lepiej w ogóle się do tego nie zabierać niż czynić to w taki sposób.

Pozostawiając tą kwestię w tyle wracamy do szczególnego znaczenia tańca. Chociaż w tańcu wszyscy tańczący są niejako bliżej siebie, to niejako można w ten sposób wyrazić swoją słabość do konkretnej osoby, chociażby przez sposób, w jaki się z nią tańczy lub przez wzgląd na długość tańca lub ilość przetańczonych utworów.

Ciekawym jest też, że o ile na co dzień chcąc nie chcąc ocenia się ludzi po wyglądzie i osobowości także, o tyle w tańcu liczy się głównie umiejętność taneczna i wzajemny stosunek osób tańczących. Tutaj nieatrakcyjny facet potrafiący świetnie tańczyć bije na głowę wylansowanego kolesia, który prezentuje sobą na parkiecie głęboko rozumianą nieumiejętność tańczenia. Poza tym każda dziewczyna chciałaby zatańczyć choć raz z mistrzem parkietu, a - nie oszukujmy się - takie wieści podczas imprezy szybko się rozchodzą: od stolika, do stolika.

Dlatego dla lubiących dziewczyny (i taniec) facetów nie pozostaje nic innego jak nauczyć się tańczyć (kurs tańca niewykluczony) i zdobywać parkiet (i niezapomniane uczucia koleżanek) na każdej imprezie. A kto twierdzi, że taniec jest dla frajerów, sam jest frajer. O.

Fantazja 2 ; )

niedziela, 25 października 2009
Właściwie śniło mi się to dość dawno, bo może z miesiąc temu. Ale chyba musiało to być coś, skoro do dzisiaj go pamiętam? (co jest w moim przypadku czymś wyjątkowym, bo zwykle nie śnię, albo nie pamiętam). Właściwie to go nie pamiętam w szczegółach (szczególnie początku i końca : D), ale pamiętam ten środek.

Pamiętam tylko, że było całkiem dużo ludzi - jakaś mniejsza imprezka. Tyle, że na świeżym powietrzu - kto wie, ognisko, grill lub coś w tym stylu. Nie wiem jak Ją poznałem, nie wiem skąd się wzięła - wcześniej Jej nie znałem - ale była zjawiskowa, przepiękna i cały czas rozmawialiśmy, na przekór trwającej zabawie i gwarowi panującemu wśród naszych znajomych. Nie wiem kto to zaproponował, ale oddaliliśmy się we dwoje nieco dalej od reszty - nie jakoś specjalnie daleko, bo jeszcze było słychać przytłumione odgłosy trwającej dyskusji i śmiechów. A my siedzieliśmy na trawie, pod kilkoma drzewami. Było ciepło, słońce świeciło, chociaż chyba chyliło się ku zachodowi. Na tej trawie to ja właściwie leżałem, opierając się głową o rękę, a łokciem tej ręki o ziemię - w taki sposób, aby patrzeć na Jej twarz. I był wtedy taki moment, że po prostu się w Nią zapatrzyłem - nie kontaktowałem ze światem zewnętrznym - co prawda słyszałem tamte przytłumione głosy, słyszałem jak Ona coś do mnie mówi, ale kompletnie to do mnie nie docierało. Była taka piękna i tak ładnie się uśmiechała, po prostu mnie zaczarowała. Patrzyliśmy tak sobie w oczy przez dłuższy czas i sam nie wiem skąd, jak i gdzie - po chwili się całowaliśmy. Namiętnie, romantycznie - na przekór światu, na przekór wszystkiemu...

Faceta na dziewczynę spojrzenie

Dosłownie

/* właściwie ten tekst traktuje tylko i wyłącznie o wyglądzie dziewczyn, czego powinno się nie tyle unikać, co wyrównywać z analizą innych aspektów osoby, czyż nie? Ok, w ramach rekompensaty następna notka będzie o tym drugim aspekcie */

i trochę naokoło tematu. Chodzi mi głównie o stosunek współczesnego faceta względem dziewczyn. O szacunek. A właściwie jego brak.

Bo co dzisiaj się obserwuje? Głównie to, że większość facetów spogląda na dziewczyny w jeden konkretny sposób - czysto seksualny.

Nie uważam jednak, że to jest złe i trzeba to wyplenić - to jest przecież jakaś część życia w końcu, przecież człowiek nie żyje po to, by być aseksualnym. Zresztą nad niektórymi zachowaniami często nie mamy wpływu - po prostu odzywa się w nas instynkt - co prawda człowiek teoretycznie jest w stanie nad nim panować, ale kto potrafi i - ba - kto chce?

Mimo to stwierdzenie 'fajna dupa' po powierzchownej ocenie budowy ciała (piersi, pośladki etc.) wydaje się być dość wulgarne, a komplementem na pewno nie jest, chyba że dla jakiejś pustej dziewczyny tudzież równie zepsutej, jak jej obserwator.

Dlaczego nikt nie potrafi dziś spojrzeć na dziewczynę w sposób czysto estetyczny? Dlaczego nikt nie potrafi zachwycić się pięknem uśmiechu, oczu, włosów? Sposobem zachowania, mówienia, śmiania się, poruszania? Dlaczego wszyscy faceci widzą w dziewczynie jedynie obiekt pożądania?

Może przesadzam z tym 'wszyscy', bo przecież jest jeszcze jakiś odsetek normalnych, a właściwie biorąc pod uwagę stan rzeczy - nienormalnych ludzi, którzy wiedzą, co jest naprawdę ważne.

Analogicznie do poprzedniej notki warto tutaj wspomnieć także o drugiej stronie - o dziewczynach. Dzisiaj na porządku dziennym jest tolerowanie głupich odzywek, 'przypadkowego' molestowania cielesnego czy psychicznego zawierającego się w jednym temacie. Nie dość, że faceci nie mają szacunku do dziewczyn, to niektóre z nich nie mają go same dla siebie. Być może to grupowe cofanie się w rozwoju, a być może chęć przystosowania się do otoczenia lub przypadkowe wtopienie się w tłum.

Mimo wszystko uważam, że dziewczyna powinna mieć wyższą samoocenę i nie dać się poniewierać innym.

Smutne jest to, że taki facet nie potrafi się zachwycić samym pięknem dziewczyny, pomijając wszelkie podteksty seksualne. Tak przedmiotowe spojrzenie na pewno nie niesie za sobą nic więcej, niż puste pożądanie.

Choroba XXI wieku...

Romantyzm a świat współczesny

środa, 14 października 2009
Można rzec, że znajduję się aktualnie w temacie - na języku polskim przerabiamy właśnie epokę romantyzmu, czytamy Cierpienia Młodego Wertera, dyskutujemy na temat miłości we współczesnym świecie.

O ile język polski jest dla mnie nieco męczący, bo jestem wręcz antyhumanistą i nie trawę zupełnie polskiego, o tyle na ostatniej lekcji wywiązała się bardzo ciekawa, prawie że dyskusja. Temat mniej więcej brzmiał: "Miłość przedstawiona w Cierpieniach Młodego Wertera w oczach współczesnego młodego czytelnika". Od razu stwierdzono, że romantyczna miłość zdarza się dzisiaj coraz rzadziej. Czym to jest spowodowane?

Chociażby wychowaniem - szacunek mężczyzn do kobiet (które notabene wygrały prawo do równouprawnienia, czyż nie?) jest coraz częściej pojęciem abstrakcyjnym - chorą jednostką staje się facet, który o dziwo przepuścił dziewczynę w przejściu, podsunął jej krzesło i cały ten savoir-vivre'owy stuff związany z dobrym wychowaniem. Dzisiaj dziewczyna nie jest już widziana przez mężczyznę tak, jak np. Lotta przez Wertera, który ją wręcz idealizował i widział w niej boginię, anioła. Dzisiaj dziewczyna jest dla faceta ewentualnym celem lub nie - lachonem, laską etc. Coraz częściej dziewczyny traktowane są przez facetów w sposób materialny, a postrzegane przez pryzmat tylko i wyłącznie seksualności czy też atrakcyjnego wyglądu (który w tym wypadku równa się stereotypowi piękna nadanemu przez współczesne media, tj. wysoka blond anorektyczka z długimi nogami w markowych ciuchach, najlepiej zakrywających powierzchnię ciała odwrotnie proporcjonalnie do ich cen).

Nie chodzi tutaj o to, aby zaraz uznać płeć przeciwną za bóstwo - popadanie ze skrajności w skrajność to jak przelewanie herbaty z czajnika do szklanki, ze szklanki do czajnika itd. - chociaż ktoś kiedyś powiedział, że to ma jakiś cel - żeby herbatę ostudzić. Zręcznie pomijając wątek herbaciany i kontynuując subtemat dobrze jest traktować dziewczynę w pewnym sensie na równi z sobą samym - na zasadzie partnerstwa, przecież ty wcale nie jesteś gorszy, ani ona lepsza. Równość tą jednak należy rozumieć w dwojaki sposób, bo przecież szacunek kobiecie się należy - z niego więc wynika ww. zachowanie będące przejawem uprzejmości w stronę kobiet.

Ale czy za brak tego romantyzmu w naszym życiu odpowiadają tylko i wyłącznie faceci? Otóż nie. Często to właśnie dziewczyna sama z siebie nie ma do siebie szacunku i narzuca taki stan rzeczy wszystkim naokoło - to, niestety często też występujące zjawisko ma być może na celu wyrównanie poziomu pomiędzy przedstawicielami obu płci, moim zdaniem jest jednak bezcelowe, a wręcz degradujące pojęcie miłości. Każda kobieta powinna być świadoma swojej wartości i szacunku do siebie powinna wręcz wymagać, często jednak bywa wręcz na odwrót. Czym może to się objawiać? Muszę przyznać, że mnie osobiście wręcz przykro, kiedy widzę, jak jakaś dziewczyna pali papierosy, przeklina etc. To oczywiście może być sposobem przystosowywania się do społeczności, w której się przebywa, czy jednak ktoś nas zmusza do przystosowywania się? Czy aroganckim tutaj byłoby przystosowywanie otoczenia do siebie niż na odwrót? Wątpię.

Mimo wszystko to jednak dziewczyny w o wiele większym procencie od facetów są humanistkami, a co za tymi idzie bardzo często romantyczkami, czasem nawet nieco niepoprawnymi ; D To dziewczyna zawsze marzyła, a może i do dzisiaj marzy o księciu z bajki na białym rumaku, który wyrwie ją z tego ponurego i szarego świata, w którym miłość w całym swym znaczeniu zdaje się być czymś płytkim i powierzchownym.

Czy w takim razie nie ma facetów-romantyków? Owszem, są. Zapewne także humaniści. Zapewne faceci ci są bardziej wrażliwi. Zapewne nieśmiali. Zapewne wystawiani na pośmiewisko przez nierozumiejące ich przytępione współczesne społeczeństwo. Ale jak to zmienić?

Jak sprawić, aby świat nie był w swych uczuciach tak tragicznie ograniczonym?

Jak to ktoś kiedyś powiedział, naprawianie świata najlepiej zacząć od samego siebie.

P.S. "My z drugiej połowy XX wieku" Małgorzaty Hillar - świetne liryczne podsumowanie dzisiejszej notki prosto z podręcznika od polaka.